RSS
środa, 11 czerwca 2014
Jak odmierzyć życie

Uczestniczyłam dziś w dwóch pogrzebach - taki zbieg okoliczności, ale bardzo ciężki. 

Pożegnaliśmy sąsiada z bloku, z którego wyprowadziliśmy się z rodzicami dokładnie 20 lat temu. A mieszkaliśmy tam lat 11. To byli nasi sąsiedzi drzwi w drzwi, ludzie bardzo prości, rodzinni, z wielkim sercem i jeszcze większym hartem ducha. To oni wciągnęli moich rodziców w zwyczaj picia kawy, na którą zapraszało się pukaniem (ewentualnie waleniem, jeśli zapraszany nie słyszał) w ścianę dzielącą nasze mieszkania. To do pani Krysi chodziłam po szkole, jak mama była jeszcze w pracy, a ja "zapomniałam kluczy" (zapominałam lub nie, ważne, że pani Krysia przyrządzała najlepszy na świecie smażony chleb z cukrem, do tej pory pamiętam ten smak!). A pan Tadeusz zawsze z nieodłączną kulą, ale codziennie po kilka razy wychodzący z psem czy wchodzący na nasze trzecie piętro z zadyszką i uśmiechem. Dziś go pożegnaliśmy. I wyobraźcie sobie, że na pogrzebie spotkaliśmy praktycznie wiekszość sąsiadów z naszej klatki i z innych klatek! Dla mnie to niesamowite. 

I drugi pogrzeb, nieco inny, ciocia długo chorowała i raczej było wiadomo, że tej choroby nie pokona. Ale za to ksiądz miał przepiękne kazanie, z którego najbardziej zapadł mi w serce fragment: "Odmierzamy nasze życie miesiącami, latami; czasem chwilami, które zapadają w pamięć. A mi doświadczenie życiowe coraz mocniej podpowiada, że można i trzeba je odmierzać wyjątkowymi osobami, które Bóg stawia na naszej drodze."

22:24, malypopek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 czerwca 2014
Poszła!

Zaprowadziłam dziś Werkę do przedszkola, pani się z nią przywitała, dałam lalę i buziaka i Werka... poszła! Po półtorej godzinie odebrałam ją uśmiechniętą! Pani mówi, że nie płakała, a Werka, że owszem, ale chyba nie jest źle:)

To część naszej adaptacji, która ma pomóc Werce wdrożyć się w przedszkolny system czekający ją od września. Adaptacji z Krzysiem wspominać nie warto, bo była tragiczna (jednemu konkretnemu państwowemu przedszkolu już dziękujemy). Werka zaś chodziła od stycznia raz w miesiącu na zajęcia z paniami z przedszkola. Zajęcia raz gorsze, raz lepsze, ale oswajała się z salami (a nie tylko z korytarzem i salą Krzysia), stołówką (na zakończenie zajęć zawsze dostawaliśmy pyszny podwieczorek) i kadrą. Dziś zaś mamy za sobą zajęcia idnywidualne, czyli półtorej godziny obecności dziecka w grupie maluszków bez rodzica. Przeżyte, uff:)

I tylko był jeden mały zgrzyt - Werka na pamiątkę/w nagrodę dostała od pani książeczkę - najgorszą książeczkę jaką kiedykolwiek widziałam. Jestem nią tak zdegustowana, że chyba poświęcę jej osobny wpis, łącznie ze zdjęciami!

22:29, malypopek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 czerwca 2014
Hop!

Złożyła się rodzina i jest... trampolina:) Od niedzieli stoi w ogrodzie, a dostarczyła nam już wiele radości. Po pierwsze, dzieciaki na niej szaleją i się śmieją, praktycznie bez przerwy. Po drugie, padają wieczorem jak muchy. Po trzecie, dziś po przyjściu z ogródka zjadły po dwie miseczki krupniku, bez żadnego marudzenia. Uwielbiam trampolinę!

Dzień Dziecka upłynął nam właśnie pod jej znakiem - zjechali się prawie wszyscy fundatorzy, którym z kolei przypadło w udziale również składanie trampoliny:) Na osłodę trudów były grillowane kiełbaski i warzywa, łazanki, tarta szpinakowo-szparagowa oraz drożdżówki z truskawkami, owocowe szaszłyki, truskawkowa tarta i sernik na zimno. Z truskawkami rzecz jasna:)

22:37, malypopek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 maja 2014
Z przymrużeniem oka

Skoro to moje święto, to nie patrząc na nikogo oblizałam sobie dwa mieszadła miksera po ubiciu bitej śmietany:)

***

Wieczorem zaś Werka się buja na chuścianej bujawce, a ja korzystam z chwili, że Krzyś jest ze mną w kuchni i go wypytuję:

- A nie mieliście w przedszkolu żadnego występu z okazji Dnia Matki? Żadnej piosenki? Żadnego wierszyka?

- Mieliśmy! O taki:

Mamo, mamo!
Usiądź dziś, odpocznij sobie 

Coś tam, nie pamiętam...
Werka teraz moja kolej!! 

***

W mojej kuchni zaś miesza się zapach konwalii (w pamięci zaś mam obraz małej dziewczynki z wyciągniętym w moim kierunku bukiecikiem i śpiewającej dla mnie Stoo laat) i jaśminu (w pamięci obraz małego chłopczyka z gałązkami, w krótkich spodenkach, w czapce z daszkiem, szybkie "To dla ciebie, mamo, wracam do ogrodu, obcinam żywopłot").

Jeszcze mnie nie zemdliło:)

23:52, malypopek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 maja 2014
Żyjemy

Żyjemy, żyjemy... Aczkolwiek blogowo wciąż w Wielkiej Nocy jesteśmy:) Bo też za szybko nam te Święta minęły - choć wyjątkowo udanie. Było i wspólne ozdabianie mazurków, i poranne kręcenie wielkanocnej baby, i szukanie zajączka, i urodziny mojego taty, i rowerowy spacer, i śmingus-dyngus w ogródku. 

Tymczasem mamy wyjątkowo zimny i deszczowy maj, co poskutkowało u nas katarami i kaszlami. Poznaliśmy więc bardzo miłą i młodą panią pediatrę, która prawie że przepraszała mnie, że nie zapisuje dzieciom na ich kaszel antybiotyku :) 

Za nami też profesjonalny występ Krzysia na sali gimnastycznej w szkole w ramach Wiosennych prezentacji, czyli cyklicznej imprezy naszego przedszkola. Krzyś był najfajniejszą pszczołą ze wszystkich :))

Równie udanie minął nam weekend majowy, dokładnie poznańsko-bydgosko, krótko mówiąc było bosko (choć i przeraźliwie zimno!). 

Wiosną, jak wiadomo, rodzi się życie - powitaliśmy już na świecie Maksa, a czekamy jeszcze na Jaśminę i Ignasia! 

I tym spobem w telegraficznym skrócie podsumowałam miniony miesiąc:) Aha, jeszcze scenka rodzajowa:

Krzyś bawi się w Gwiazdora (ma szlafrok w gwiazdki, więc rozumiecie), podchodzi do każdego z nas i pyta, co chcielibyśmy dostać.

Mama: ja bym chciała książkę

Tata: ja nową gitarę

Werka: (bez zastanowienia) lody!!!

Krzyś pyta: a co jeszcze?

Werka: la la la (czyli bajki)

Krzyś: i coś jeszcze?

Werka: yyy, mamę! 

 

Ech, jestem niezastąpiona :)

23:44, malypopek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 kwietnia 2014
Taka refleksja

Dzisiejszy Wielki Piątek obdarzył mnie jedną refleksją - jak już dzieci będą starsze (a ja w kwiecie wieku i pełni sił rzecz jasna:), to chciałabym przeżyć Wielkanoc na spokojnie. Z uczestnictwem we wszelkich liturgiach, które teraz są dla nas za długie i za późno. Z możliwością przeczytania prasy katolickiej i rozważań na te wyjątkowe dni. Ze spokojnym ozdabianiem mazurków. Bez codziennej rutyny i rytuałów, które sprawiają, że nie odróżniam dnia świątecznego od codziennego.

I jak tak teraz to piszę, to mam jednak wrażenie, że nie wspominałabym miło takich Świąt.

 

PS. A z rzeczy ważnych - 60 lat temu przyszedł na świat człowiek, który nieustannie potrafi mnie rozśmieszyć, wzruszyć, a i porządnie zdenerwować. Mój Ojciec. I tylko meta jeszcze daleko, pamiętaj! 

23:20, malypopek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Żelazna konsekwencja

Jutro Krzyś ma swoją pierwszą w życiu długą wycieczkę (do Torunia:).

Jutro G. ma ważną dla niego rozmowę i powinien mieć jasny, wypoczęty umysł.

Ja mam moc roboty - w domu i przy komputerze (za tydzień święta!).

Co to oznacza?

Krzyś kaszle, a Werka gorączkuje (śpi tylko na mnie, najlepiej z piersią w buzi). Choroba dzieci zawsze przypada w kiepskim momencie.

23:54, malypopek
Link Komentarze (1) »
sobota, 12 kwietnia 2014
Dzień pisklaka

Uff...

Jest 22.30, a ja marzę już tylko o pójściu spać. Jednak jeszcze przeglądam zdjęcia, dzielę się nimi i wspominam dobre chwile minionego dnia. Bo mieliśmy naprawdę dobry dzień. Intensywny, radosny, wspólny.

Rano dzieci nie zawiodły i obudziły się o 7 - przypominam, że od dwóch tygodni w przedszkolne dni ciężko je zwlec z łóżka o 7.40, ale przecież dziś sobota. Mieliśmy więc długi, spokojny domowy poranek, z jajecznicą, przygotowywaniem wydmuszek i nebulizacją w tle. A po 10 wychodziliśmy już w pośpiechu pakować się do auta. Do zoo dojechaliśmy lekko spóźnieni, ale zdążyliśmy na "Dzień pisklaka". Pani przystępnie i ciekawie opowiadała o jajkach różnych ptaków, potem malowanie i ozdabianie jaj, potem głaskanie małych pisklaków kurczaków i rozpalanie ogniska. Następnie przebiegliśmy zoo w poszukiwaniu ukrytych papierowych jaj. Wreszcie zasłużony odpoczynek przy ognisku. Tak wygląda amatorka pieczonych na ognisku jabłek:

Wcześniej rzecz jasna wciągnęli bułki i kiełbasę:) Nabraliśmy nowych sił i spędziliśmy chyba jeszcze z godzinę na gonieniu kaczek i zabawie na placu zabaw. 

W drodze powrotnej do domu Werka zasnęła w aucie, a Krzyś nie wykazywał najmniejszych oznak zmęczenia - żył już kolejną atrakcją. Na nasze osiedle przyjechał lunapark! Czekaliśmy więc cierpliwie na babcię i dziadka, zostawiliśmy zapracowanego tatę w domu i ruszyliśmy. Krzyś najpierw zjeżdżał z gigantycznej dmuchanej zjeżdżalni (tej samej co tu). Potem we trójkę jechaliśmy karuzelą z autkami. A potem Krzyś jeszcze szalał na dmuchanym żółwiu. Po wyjściu ledwo trzymał się na nogach, ale jak odwieźliśmy dziadków i wysiedliśmy przed domem z samochodu, to dzieci zrobiły w tył zwrot i w mig znalazły się przy ogrodowej zjeżdżalni. Ja już padałam, a one wciąż się bawiły. W co? W bieganie:) Krzyś wymyśla różne odmiany berka i tym samym na koniec dnia robiłam jeszcze okrążenia po ogródku.

Na szczęście udało je się w miarę sprawnie spacyfikować i pokojowo wyczyścić i wsadzić do łóżek. Ja już jednak nie mam siły na nic:) To był cudowny dzień!

22:46, malypopek
Link Komentarze (1) »
piątek, 11 kwietnia 2014
Ale Ty zawsze...

W słonecznej aurze spacerkiem wracamy z przedszkola, dzieciaki biegają luzem. Krzyś próbuje złapać Werkę za rękę, ale młoda czuje wolność i biegnie sama, więc jest skarga:

- Mamo, a Werka nie chce iść ze mną za rękę! (naprawdę, rzadko to słyszę, na co dzień jest raczej odwrotnie)

- Widzisz, dziewczyny już takie są, czasem chcą, czasem nie chcą... - odpowiadam zamyślona.

- Ale Ty zawsze chcesz!

:) 

21:52, malypopek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 marca 2014
Dwulatka

Moja dziewczynka skończyła w niedzielę dwa latka. Moje słońce, promyk, gwiazdka, iskierka. Moja Radość. Taka mała, a taka duża.

22:36, malypopek
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55